"Gdy znalazłem się na dnie od spodu rozległo się pukanie." To chyba Lec jak nic!
Ciąg dalszy tego co nastąpiło po "Jeszcze?" z ostatniego wpisu.
Kuba sprawdził pocztę.
-Nie dostałem tego etatu w Førde- powiedział głosem niewyrażającym żadnych emocji.
-Ale jak to? Jak to możliwe, zrobił cię w konia? Przecież się umawiał, że... Co za... Napisał dlaczego?- tu padła riposta zawierająca wszystkie możliwe emocje
-Nie, odpowiedź przyszła z automatu- rzucił automatycznie Kuba, nie odrywając się od gierki na Nitrome.
-Boże, ale ten chłop ma nerwy- pomyślałam sobie,jednocześnie pakując w głowie walizki, przebijając na wylot włócznią wszystkich znanych i nieznanych Norwegów, wysyłając swoje cv do wszystkich możliwych szpitali, złorzecząc każdemu i wszystkiemu. Dwa lata czekania i cały misterny plan w... No chyba mnie rozwali na miejscu!!!!!
Jak już prawa półkula zdążyła sobie poszaleć, włączyła się lewa, ta analitycznomyśląca.
W zasadzie oprócz tego, że nie mogę w tym momencie otworzyć radiologii to nic strasznego się nie dzieje. A nawet więcej, wszyscy (opórcz mnie są szczęśliwi ze zrządzenia- umówmy się- losu). Kuba twierdzi, że teraz dopiero osiągnął stan ying-yang, no a tak znowu powtórka z rozrywki. Dzieci pewnie będą szczęśliwe. I tu się myliłam, jak opowiedziałam o tym Staszkowi to się biedny poryczał, że teraz jestem nieszczęśliwa bo mnie z pracy wyrzucili. Trochę czasu zajęło zanim pojął różnicę między niezatrudnieniem a wyrzuceniem. Ale i tak było mu przykro i entuzjazmu nie wyczułam. No cóż z tą labilnością emocjonalną wdał się chłopak w matkę.
Z całą pilotką myśli, niczym Scarlett O'Hara poszłam spać, obiecując sobie zająć się sprawą rano.
Rano, w werwą pozałatwiałam co było trzeba, a potem wpadłam na chwilę do Marianne, która leci ze mną do Polski. Na wstępie zaznaczyłam, że jestem sur og sint (nor. bez kija nie podchodź). Wyłuszczyłam powód swojego kwasu. Na co Marianne: aaaa... właśnie- dzwonił do ciebie V?
-Nie, a co znowu coś zawaliłam?
V. to nasz doktor do którego jesteśmy zapisani i zdarzyło nam się zgłosić jako pacjenci. Jest duńczykiem i ponoć przez 20 lat komunikacja jest... taka sobie z miejscową ludnością.
Wracając do wątku głównego, mama Marianne poszła do niego ze swoją przypadłością i jak sobie tak niby gadu-gadu, wyciągnęła z niego, że zbiera się na emeryturę a nie ma żadnego zastępcy i najchętniej widziałby jakąś kobitę bo tu same chłopy jako doktory. A on już teraz chętnie 1 dzień albo 2 by odpalił. Mumu (od nor. mormor czyli mama mamy albo babcia) jak tu ją zwiemy za chłopakami- przekierowała go na mnie. Chłop się zdziwił, że jestem doktorem, no i ponoć ma zadzwonić. Zobaczymy.
Pożegałam się z Marianne i dotarłam do szpitala pogadać z kadrową-sąsiadką o przyszłych dyżurach.
Zeznałam jej na czym stoimy, na co ona- wiesz miałam, cię prosić o wzięcie 3 miesięcy na ortopedii (o może nawet pół roku) bo mam braki. Pokręciłyśmy obie głowami nad polityką szpitala w Førde i w tym momencie wszedł Albert, szef od spraw organizacyjnych. Też został wtajemniczony. Przypomniał, że ciągle trzyma w kieszeni etat na kubowym oddziale z myślą o mnie, no i tu trzsnął niusem: w przyszłym tygodniu wraca z urlopu szef wszystkich szefów (taki Krzysztof Jarzyna ze Szczecina) i mamy mieć rodzinną audiencję u ww.
ponieważ występujemy jako full pakke.
Dziś zapoznałam się z doktorem ze Szwecji, którego do tej pory nie miałam przyjemności poznać na oddziale Kuby. Wymieniliśmy grzeczności, został zasadniczo pobieżnie zapoznany z moim statusem w szpitalu. Pokiwał głową ze zrozumieniem i poszedł.
Nie minął kwadrans jak wpadł do pakamery Kuby z miną przemysłowego Dobromira i wyłożył co następuje: jest taki kraj (na lewo od Norwegii), a w nim miasto Sundsvall, który jest naszą mekką. Czekają z pocałowaniem w rękę na lekarza ratunkowego i Kuba mógłby kształcić się w gastrologii bo warunki ku temu sprzyjają albo jak by nie chciał to może leżeć w hamaku bo wystarczy, że ja będę pracować.
Czekamy kto następny zapuka.
Pozdrawiamy cieplutko.
Arleta i Freye.
wtorek, 3 sierpnia 2010
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
O tym jak Żwirek i Muchomorek zostali grzybiarzami.
Co będziemy dziś robić Żwirku? -zapytał Muchomorek
Może pójdziemy na tę górę, gdzie wyprawiał się Hans Gjesme ze sztalugami, aby malować dolinę- odpowiedział Żwirek i zasnął.
Żwirku czas na nas bo po południu mamy mszę w Årdal- przypomniał koło 12 Muchomorek.
Ale najpierw coś zjedzmy- zparoponował Żwirek.
...
A czy na pewno możemy przejść przez to podwórko?- zapytał jak zwkle jednakowo praworządny jak i zaniepokojony Żwirek.
Oczywiście, niedawno tu dzieci ze Staszka klasy były i dobrze było.
Aha- odparł z powątpiewaniem w głosie Źwirek.
Zwłaszcza, że przed chwilą, przez pomyłkę został doprowadzony do tajnego (no może nie do tak bardzo tajnego, napisy były) składu amunicji w lesie
A droga wyglądała tak:
Najdłuższy wodospad Norwegii.
To był bardzo miły dzień.
Leniwie zebraliśmy się na wycieczkę po Parku Narodowym w Jotunheim. Robiliśmy już podejście do zdobycia najwyższego wodospadu Norwegii, który mierzy 275m a wabi się Vettisfossen. (nor.fossen-wodospad) ale nie dotarliśmy, jak się okazało w tył zwrot został wykonany 15min. drogi od celu..
Już około pierwszej byliśmy gotowi do jazdy.
Zaraz przy drodze wylotowej z Laerdal zgarnęliśmy dwoje belgijskich autostopowiczów od których dowiedzieliśy się, że ten rodzaj transportu w Norwegii do najpopularniejszych nie należy.
Jak się okazało kierunek mieliśmy wspólny. Z drobną różnicą- ja w Øvre Årdal miałam zahaczyć o monopolowy, a oni kupć chleb.
Po dotarciu na miejsce rozstaliśmy się w pokoju i oba zespoły podążyły w tylko sobie znanych kierunkach. Pierwszy wodospad to koniec drogi dla ruchu kołowego i początek pieszego.
Przy drugim (tym najładniejszym) wodospadzie zostaliśmy zagadnięci przez Polaków bawiących na wakcjach w Norge o... no właśnie już nawet nie przypominam sobie o co poszło ale finał był taki, że spędziliśmy wspólnie resztę dnia. Ciekawe przeżycie, małżeństwo trochę (nieważne ile) starsze od nas, z zupełnie innym bagażem doświadczeń i dostroiliśmy częstotliwości:)
Po drodze w górę wyprzedził nas długimi susami taki chłopaczek, który podczas mijanki pozdrowił: witam rodaków! Może jaki papież z niego wyrośnie? I tyleśmy go widzieli. Po długim czasie włonił się z krzaków i stwierdził, że pomylił drogi bo siostra kazała mu iść w prawo, żeby lepiej zobaczyć początek wodospadu ale nie bardzo wiedział kiedy to w prawo ma nastąpić.
Od tej pory stał się Tym Któremu Siostra Kazała Iść w Prawo.
Jego biała koszulka i jeansiki tylko mignęły nam przed oczami i znów go nie było.
A my tu fajne kawałki snuliśmy: o tym jak Królowa nie chciała aby Alicja zjadła kotleta schabowego przedstawiając ich sobie, o biegach maratońskich, Bogu, życiu w Norwegii, łowieniu ryb, o pamięnikach (pani W prowadzi takowy od nastego roku życia) itd. itp.
I tak dotarliśmy na szczyt, tam gdzie wodospad bierze swój początek, właściwie rzeka wypada z koryta i drze w dół po granitowej skale.
Aż samo się ciśnie: "Norwegia wykuta z granitu i Dania usrana z wapienia"
Kogo mogliśmy spotakać na mecie? Tak jest, Tego Któremu Siostra Kazała Iść w Prawo.
Wszyscy rzuciliśmy się do fotografowania. Niestety, Vettisfossen to bardzo kapryśna kreatura. Z góry, jak to z góry trudno uchwycić większy fragment czegoś co mierzy prawie 300m. Natomiast z dołu nie ma dobrego miejsca bo skała zasłania. Ale wyżej wspomniany Ten...co wiecie co, nie dał za wygraną, za cenę własnego życia zawisł z nawisu skalnego aby uchwycić może z 5 m. więcej niż ustawa przewiduje.
To było nie na moje nerwy. Zatrąbiłam odwrót bo nie mogłam patrzeć na samobójcę.
Schodząc przepuszczaliśmy kojene szarże Norwegów, którzy jak kozice górskie hyc, hyc na dół. Minęło czasu mało, wiele słyszymy tupot naszego dobrego znajomego, który jednak nie zginął. Pochwalił się, że zebrał trochę grzybów i idzie smażyć jajecznicę. Na co Kuba stwierdził: skoro nie spadł w przepaść to może grzyby mu nie zaszkodzą.
Zmęczeni dotarliśy do parkingu. Podczas pożegnania pan A. zaczął niespokojnie się kręcić, bo coś mu na dachu auta nie pasowało.
Zwarliśy szyki do odwrotu i... biegną oboje podekscytowani pokazująć nam niczym relikwię bochenek chleba w papierowej torbie z dołączoną kartką: "Cześć, zrobiliśmy za duży zapas chleba.Mamy nadzieję, że Wam się przyda. Pozdrawiamy. Rodacy" Czy coś w tym stylu.
Ech ta słowiańska dusza!
Stosowna dokumentacja fotograficzna:
http://picasaweb.google.com/arletafrey/20100801?authkey=Gv1sRgCLyWydnV57OzCg#
Leniwie zebraliśmy się na wycieczkę po Parku Narodowym w Jotunheim. Robiliśmy już podejście do zdobycia najwyższego wodospadu Norwegii, który mierzy 275m a wabi się Vettisfossen. (nor.fossen-wodospad) ale nie dotarliśmy, jak się okazało w tył zwrot został wykonany 15min. drogi od celu..
Już około pierwszej byliśmy gotowi do jazdy.
Zaraz przy drodze wylotowej z Laerdal zgarnęliśmy dwoje belgijskich autostopowiczów od których dowiedzieliśy się, że ten rodzaj transportu w Norwegii do najpopularniejszych nie należy.
Jak się okazało kierunek mieliśmy wspólny. Z drobną różnicą- ja w Øvre Årdal miałam zahaczyć o monopolowy, a oni kupć chleb.
| Pierwszy wodospad 2010-08-01 |
| 2010-08-01 |
Przy drugim (tym najładniejszym) wodospadzie zostaliśmy zagadnięci przez Polaków bawiących na wakcjach w Norge o... no właśnie już nawet nie przypominam sobie o co poszło ale finał był taki, że spędziliśmy wspólnie resztę dnia. Ciekawe przeżycie, małżeństwo trochę (nieważne ile) starsze od nas, z zupełnie innym bagażem doświadczeń i dostroiliśmy częstotliwości:)
| Gdzieś chyba tutaj pojawił się... 2010-08-01 |
Od tej pory stał się Tym Któremu Siostra Kazała Iść w Prawo.
Jego biała koszulka i jeansiki tylko mignęły nam przed oczami i znów go nie było.
A my tu fajne kawałki snuliśmy: o tym jak Królowa nie chciała aby Alicja zjadła kotleta schabowego przedstawiając ich sobie, o biegach maratońskich, Bogu, życiu w Norwegii, łowieniu ryb, o pamięnikach (pani W prowadzi takowy od nastego roku życia) itd. itp.
I tak dotarliśmy na szczyt, tam gdzie wodospad bierze swój początek, właściwie rzeka wypada z koryta i drze w dół po granitowej skale.
| 2010-08-01 |
Kogo mogliśmy spotakać na mecie? Tak jest, Tego Któremu Siostra Kazała Iść w Prawo.
Wszyscy rzuciliśmy się do fotografowania. Niestety, Vettisfossen to bardzo kapryśna kreatura. Z góry, jak to z góry trudno uchwycić większy fragment czegoś co mierzy prawie 300m. Natomiast z dołu nie ma dobrego miejsca bo skała zasłania. Ale wyżej wspomniany Ten...co wiecie co, nie dał za wygraną, za cenę własnego życia zawisł z nawisu skalnego aby uchwycić może z 5 m. więcej niż ustawa przewiduje.
To było nie na moje nerwy. Zatrąbiłam odwrót bo nie mogłam patrzeć na samobójcę.
Schodząc przepuszczaliśmy kojene szarże Norwegów, którzy jak kozice górskie hyc, hyc na dół. Minęło czasu mało, wiele słyszymy tupot naszego dobrego znajomego, który jednak nie zginął. Pochwalił się, że zebrał trochę grzybów i idzie smażyć jajecznicę. Na co Kuba stwierdził: skoro nie spadł w przepaść to może grzyby mu nie zaszkodzą.
Zmęczeni dotarliśy do parkingu. Podczas pożegnania pan A. zaczął niespokojnie się kręcić, bo coś mu na dachu auta nie pasowało.
Zwarliśy szyki do odwrotu i... biegną oboje podekscytowani pokazująć nam niczym relikwię bochenek chleba w papierowej torbie z dołączoną kartką: "Cześć, zrobiliśmy za duży zapas chleba.Mamy nadzieję, że Wam się przyda. Pozdrawiamy. Rodacy" Czy coś w tym stylu.
Ech ta słowiańska dusza!
Stosowna dokumentacja fotograficzna:
http://picasaweb.google.com/arletafrey/20100801?authkey=Gv1sRgCLyWydnV57OzCg#
niedziela, 1 sierpnia 2010
Leniwy piątek.
W piątek wzięłam się ostro do roboty, aby nadrobić braki w norweskim. Za niedługo następna lekcja a ja w lesie. Stworzyłam idealne warunki do pracy. Feng shui na stole (żeby uzyskać stan koncentracji), woda do picia pod ręką (żeby nie rozpraszać się chodzeniem do kuchni), Vivaldi do zajęcia prawej półkuli (żeby nie przeszkadzała lewej)... Otwieram ćwiczenia... Drrrryńńńń. Dzwoni komórka: "cześć jesteście w domu, wracamy z Polski i..." Tu standardowy scenariusz z wędrowcami, którzy z założenia nie chcą fatygować dlatego dzwonią w ostatniej chwili. I tak nie udało się mnie zaskoczyć, lata ćwiczeń i wyrzeczeń w podejmowaniu gośći zrobiły swoje. Zaplecze kuchenne to standard ale utrzymywanie stanu stałego poziomu entropii w salonie wymaga niejakiego wydatku energetycznego:)
Posiedzieli chwilę i dali odwrót. Zrobiła się godzina skałdania fen-shui ze stołu. Wrócił Kuba na obiad. Opwiadam mu o wizycie, bla, bla, bla...na co on niemalże się krztusząc. Aaaa... zapomniałem Ci powiedzieć, że za chwilę wpadnie się pożegnać A., która wraca do Danii. I chciała przedstawić nam męża.
Tak też się stało, z pożeganania w drzwiach zrobiła się kolacja.
Myślę, że stwierdzenie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu powinno być uzupełnione: a przechodzą przez Laerdal!
Posiedzieli chwilę i dali odwrót. Zrobiła się godzina skałdania fen-shui ze stołu. Wrócił Kuba na obiad. Opwiadam mu o wizycie, bla, bla, bla...na co on niemalże się krztusząc. Aaaa... zapomniałem Ci powiedzieć, że za chwilę wpadnie się pożegnać A., która wraca do Danii. I chciała przedstawić nam męża.
Tak też się stało, z pożeganania w drzwiach zrobiła się kolacja.
Myślę, że stwierdzenie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu powinno być uzupełnione: a przechodzą przez Laerdal!
Zew krwi.
Goście pojechali. Zrobiło się cicho. Żeby zagłuszyć ciszę włączyłam odkurzacz. Trochę pomogło, tęsknota na chwilę ustała.
Wrócił Kuba z pracy, pokręcił się po mieszakaniu i z braku lepszych zajęć zajął się wchłanianiem mango.
Po kwadransiku zaczął nerwowo krążyć i się drapać. Na pytanie co mu dolega, stwierdził, że trochę swędzi.
A papa smerf mówił, żeby nie jeść tego na co jest uczulony- pomyślałam sobie wracając do pasjonującej lektury (Księga est).
Za następną chwilę dał się słyszeć kaszelek.
Oho, zaczyna się! Wyskoczyłam jak z łóżka jak z procy i zastałam drapiący się obraz nędzy, rozpaczliwie walczący z zawartością pudła zastępującego apteczkę (tak naprawdę to pół apteki).
I tu... odżył we mnie duch zawodowy. Krótkie komendy: siad, dawaj rękę, nie dyskutuj... pierwsza żyła strzeliła (no cóż, zdarza się zwłaszcza, że zaczęły się zapadać), wenflon do wywalenia, teraz będzie z igły. Udało się poszło jak z płatka. Mam nadzieję, że przeterminowany deksaven nie zaszkodzi bardziej niż pomoże. Teraz do łóżka i adrenalina. "Stary może chcesz dosercowo, będzie jak w Pulp fiction?" Nie chciał.
Skończyło się na zewnętrznym, górnym kwadrancie pośladka. Wbrew obawom, nie bolało.
Trochę się obawiałam, że skończy się hercklekotami ale nie.
Krajobraz po bitwie prezentował się imponująco. Wszystkie leki rozwalone po całej kuchni, strzykawki, igły, apułki, wenflony- wszędzie. Na stoliku nocnym strzykawka z adrenaliną... I ten zapach świeżej krwi.
Ogarniając całość wzrokiem, w okolicznościach osiągniętego sukcesu (objawy się cofnęły) doznałam wielkiej tęsknoty za pracą. Uuuuuuu. W takich chyba okolicznościach powstają pieśni fado.
Oficjalnie powodem wstrząsu anafilaktycznego było mango (nie pierwszy raz), a ja sądzę, że to reakcja organizumu po wyjeździe gości.
Noc z czwartku na piątek minęła bez większych ekscesów.
Dobranoc.
Wrócił Kuba z pracy, pokręcił się po mieszakaniu i z braku lepszych zajęć zajął się wchłanianiem mango.
Po kwadransiku zaczął nerwowo krążyć i się drapać. Na pytanie co mu dolega, stwierdził, że trochę swędzi.
A papa smerf mówił, żeby nie jeść tego na co jest uczulony- pomyślałam sobie wracając do pasjonującej lektury (Księga est).
Za następną chwilę dał się słyszeć kaszelek.
Oho, zaczyna się! Wyskoczyłam jak z łóżka jak z procy i zastałam drapiący się obraz nędzy, rozpaczliwie walczący z zawartością pudła zastępującego apteczkę (tak naprawdę to pół apteki).
I tu... odżył we mnie duch zawodowy. Krótkie komendy: siad, dawaj rękę, nie dyskutuj... pierwsza żyła strzeliła (no cóż, zdarza się zwłaszcza, że zaczęły się zapadać), wenflon do wywalenia, teraz będzie z igły. Udało się poszło jak z płatka. Mam nadzieję, że przeterminowany deksaven nie zaszkodzi bardziej niż pomoże. Teraz do łóżka i adrenalina. "Stary może chcesz dosercowo, będzie jak w Pulp fiction?" Nie chciał.
Skończyło się na zewnętrznym, górnym kwadrancie pośladka. Wbrew obawom, nie bolało.
Trochę się obawiałam, że skończy się hercklekotami ale nie.
Krajobraz po bitwie prezentował się imponująco. Wszystkie leki rozwalone po całej kuchni, strzykawki, igły, apułki, wenflony- wszędzie. Na stoliku nocnym strzykawka z adrenaliną... I ten zapach świeżej krwi.
Ogarniając całość wzrokiem, w okolicznościach osiągniętego sukcesu (objawy się cofnęły) doznałam wielkiej tęsknoty za pracą. Uuuuuuu. W takich chyba okolicznościach powstają pieśni fado.
Oficjalnie powodem wstrząsu anafilaktycznego było mango (nie pierwszy raz), a ja sądzę, że to reakcja organizumu po wyjeździe gości.
Noc z czwartku na piątek minęła bez większych ekscesów.
Dobranoc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)