poniedziałek, 11 maja 2009

Cz.III-De Heibergske Samlinger - Sogn Folkemuseum

Ciąg dalszy zwiedzania naszych najbliższych okolic. http://dhs.museum.no/cms/dhs/cms.nsf/pages/x_y_z.html?open&qm=wcm_1,2,0,0

Muzeum ludowe (czyli nasz skansen) w Kaupanger to nie lada frajda dla największych nawet malkontentów. I zaraz za bramą skończyły się komentarze w stylu: a po co my tam jedziemy!? Nuuuuuuuudy... i takie tam...
Zaraz za bramą to znaczy tutaj:





Przy budce ze sprzętem przeciwpożarowym stoją szczudła i konia z rzędem temu co za pierwszym razem odpali:)
Właśnie tutaj rozchodzą się ścieżki edukacyjne dla miłośników roślinek, zwierzątek, sztuki dawnej czy zabawy na świeżym powietrzu.
Dla florofili (nie mylić z chlorofilami) atrakcją są stanowiska występowania różnych roślinek od bardzo pospolitych do bardzo rzadkich. I żeby nie dać plamy nie rozpoznając np. mlecza została wbita specjalna tablica informacyjna:




I oprócz botaniki są tu różne inne ciekawostki dropsa, między innymi jak upleść wianek z kwiatów, jak się łodyga zwija w zimnej wodzie czy jak zrobić kłaniającego się ludzika. Miłośnicy zwierzątek mogą sobie poczytać o zwyczajach żywieniowo-rozrywkowych myszek i jak się nazywają poszczególne z nich:

Albo: w jak przyjemny sposób można się ich pozbyć, oczywiście w nawiązaniu do starych, sprawdzonych metod.





Fajne było stanowisko ptaszkowe:


I w przybliżeniu tablica ze zdjęciami:

Dla tych co lubią poczytać cała biblioteka zalaminowana na poszczególnych kartkach w zielonej skrzynce poniżej, a dla tych co wręcz odwrotnie, po lewej stronie taka budka z klawiszami, z których każdy przyporządkowany jest do zdjęcia i jak można się spodziewać -słychać odgłosy każdego z nich (trudno nazwać śpiewem to co się wydobywa z dzioba sowy:). Po drodze do ptaszków mija się jelenia i też można posłuchać co ma do powiedzenia, na rykowisku- na ten przykład albo jak jest wkurzony
A co dla dzieci? Dzieci budują dom jak to drzewiej bywało czyli z ciosanych bali:




Idąc ścieżką w lesie trafiamy na drabinę, która wiedzie do trola, który okazuje się być uformowaną na jego kształt rosnącą trawą. W tym miejscu w tradycyjnej zielonej skrzynce (takiej samej jak mamy przed domem na pocztę) legendy i podania o trolach na zalaminowanych kartkach.


A potem typowy skansen, dobrze zachowany i utrzymany.

W sezonie można się załapać na oprowadzanie przez tutejszych pracowników i podróż w czasie. Mielenie mąki na żarnach, przędzenie wełny, gotowanie na palenisku, noszenie wody na koromyśle i tym podobne atrakcje. Cały dzień to za krótko aby zobaczyć wszystko. Nie dotarliśmy do środka budynku mieszczącego przyjemną kafejkę, sklep z ładnymi (o dziwo?!) pamiątkami i wystawy.

Wybierzemy się tam chętnie raz jeszcze. Jeśli ktoś chce nam potowarzyszyć, będzie nam bardzo miło.

6 czerwca są dni otwarte muzeum i spotykają się miłośnicy upraw domowych. Każdy chętny może przytaszczyć swoje hodowle ziołowe i wymienić je z innymi hobbystami. Albo też po prostu kupić co muzealnicy na własnym gruncie zasadzili. Kolejny dowód na to, że Norwegia to kraj hobbystami stojący. Ponoć różne organizacje zrzeszają 12 milionów członków, co przy ludności 4,5 miliona daje ładny wynik. Każdy miejscowy należy co najmniej do 3 klubów. W tym koniecznie sportowego. Do takiego też należymy całą rodziną.

Z innych ciekawostek lokalnych: w ubiegłym tygodniu zeszła spora lawina z kamieni na jednej ze ścian gór nas otaczających. Stało się to w nocy ale tak dobrze spaliśmy, że o sprawie zostaliśmy poinformowani z tygodniowym spóźnieniem. Ponoć duża rzadkość jeśli chodzi o rozmiar zjawiska.

I tak pchamy tę norweską taczkę do przodu i niedługo roczek stuknie.

Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye

http://picasaweb.google.pl/arletafrey/6maja2009?authkey=Gv1sRgCIKr2qPRkvmzOw#

czwartek, 7 maja 2009

Cz.II- Vindhella.






Przewodnika po okolicach ciąg dalszy...



Zupełnie niedaleko od nas czyli jakieś 300km...



To miał być żart, którego żaden Norweg nie zrozumie (tym bardziej mnie to bawi, że dla nich taka odległość to pikuś).
Jadąc na południowy-wschód od Laerdal i przejechaniu kilku kilometrów, zbaczając z trasy krajowej wjeżdża się na drogę historyczną.



Duża przyjemność dla oczu. Po obu stronach szosy pionowe skały, z jednej strony zielone i co chwila wodospady różnej wielkości i głośności:), a po drugiej surowy kamień i spływająca z góry woda. Zwłaszcza w letnie upały robi piorunujące wrażenie swoją dzikością natury. I tak jedzie się jeszcze kilka kilometrów dojeżdżając do Husum.



Tam mają początek dwie drogi przez górę: Vindhella (XVIII wieczna), która prowadzi przez grzbiet i okrężna Sverrestigen ( z XIIw.) O tej drugiej pisałam tu:http://nyinorgemyblog.blogspot.com/2008/08/borgund-stavkyrkje.html



Dla tych co lubią poczytać służę informacją o Vindhelli (znaczy się o tej pierwszej z wspomninych dróg).




A tak w skrócie, pierwsza jej wersja powstała w 1793r. ale ze względu na zły stosunek szerokości do wysokości (1:4) była zbyt stroma i trzeba ją było poprawić co miało miejsce między 1842-43. I jak tu piszą; dziś jeszcze można dostrzec resztki starej. Niestety ta nowa nie była zbyt przyjazna wędrującym więc 30 lat później wybudowano zupełnie nową wzdłuż rzeki.
Z okazji 1-go maja zrobiliśmy tę trasę z naszymi norweskimi znajomymi. Robi wrażenie sami możecie zobaczyć na zdjęciach. W doskonałym stanie. Ciekawie prezentują się gałki ozdabiające barierki stanowiące boczne ograniczenie. Żadnej nie brakuje:)




Wycieczka była przyjemna z uwagi na pogodę i towarzystwo. Dzieci, mimo stawianego na początku oporu, też wróciły zadowolone. Zwłaszcza, że na szczycie, w skrzynce gdzie zwyczajowo ukryty jest zeszyt zabezpieczony reklamówką od deszczu znalazły wpis własnego dziadka. To była dopiero radość!


Zejście okazało się bułką z masłem, a właściwie obiecanymi lodami w muzeum-kawiarence, tej zaraz przy wspomninym, zabytkowym kościele w Borgund.
Reszta zdjęć z wycieczki jest tutaj:http://picasaweb.google.pl/arletafrey/1maja2009?authkey=Gv1sRgCO-blK-Ln8TP1QE#
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.

sobota, 2 maja 2009

Majka.




To jest Majka, najmłodsza siostra mojej mamy, żona Krzysztofa, mama Michała i Rafała... i ma dziś okrągłe urodziny.
A tu w Norge jest taka świecka tradycja, którą przyniósł Staszek ze szkoły, że jak ktoś jest jubilatem to reszta klasy robi mu w prezencie taką duuużą wyklejankę. Każdy pisze na karteczce co ma do powiedzenia beneficjentowi życzeń. Zamiast standardowego "wszystkiego najlepszego" piszą np. tak: Majka jesteś najlepsza w pieczeniu ciast, albo: jak byłyśmy małe, wzięłaś mnie z Ewką na pierwsze kolonie zuchowe;) Potem ozdabiają te fiszki i przyklejają do jednej zbiorczej. Swoją drogą miły i wzruszający zwyczaj (rzeczywiście piszą od serca).
Tak więc zgodnie z tradycją piszę karteczki dla Majki: Pamiętasz jak wzięłaś mnie na wakacje do cioci Gosi (do Szczecina) i tam czkałyśmy do nocy, żeby dzieci poszły spać, a my wyżerałyśmy lody!
Albo wtedy jak jeździłam na "korki" do Lublina i nocowałam u Was w Świdniku, a Ty zawsze czekałaś na mnie z czymś co tygrysy lubią najbardziej... potem rozmowy marynistyczne, czyli o d... Maryni. Fajne to było. Maciek też lubił tu wpadać. No i wakacje na wsi. Kto zapylał w ogrodzie? Na pewno nie same pszczoły! A michę obrywali wszyscy.
Znasz te dzieci z Bulerbyn, które uczysz... jak swoje.
No i jakie ładne chłopaki Tobie (z małżonem ) wyszły! Dobra, żeby się chłopaki nie obraziły dodaję, że uroda nie jest ich jedynym atutem ale są zajęci więc nie mogę ich za bardzo reklamować:)
I na koniec napiszę o almanaku*, bez Twojej pomocy nici by z tego wyszły!
W przyszłym roku jak będziemy mieć polską flagę to ją wywiesimy przed domem w Twoje urodziny. To też tutejsza tradycja- duże przywiązanie do flagi, którą wywiesza się przed domami, szkołami, przedszkolami w ważne dnie, np. urodziny.
STO LAT MAJKA!
Arleta i Freye.
* Almanak jest wiecznym kalendarzem, w którym zapisuje się ważne rocznice rodzinne. Zrobiłam (scrapbokking) go z myślą o moich rodzicach, którzy składają (jeśli w ogóle...) życzenia miesiąc wcześniej albo miesiąc później swoim dzieciom. Babcia Regina miała taki mały kajecik gdzie notowała urodziny, imieniny rocznice ślubów, komunie, chrzciny. Właśnie Majka odziedziczyła go i dzięki niej miałam dostęp do archiwum IPN-u i od tej pory nikt w rodzinie nie jest w stanie ukryć... stosownej daty.
W sumie nie wiem czy rodzice używają go w celu przypominania ale na pewno chwalą się prawie jak ja laurkami moich dzieci.

środa, 29 kwietnia 2009

Cz.I.-Voss.


Było o gotowaniu, pieczeniu (swędzeniu:), urządzaniu wnętrz... i jak to jedna z naszych znajomych stwierdziła: "Ciotka! Martha Steward mogłaby ci buty czyścić!".

Aby słowa nie okazały rzuconymi na wiatr- debiutuję więc jako propagator uroków okolic najbliższych. Czyli dla tych co czekają w blokach startowych na lot Kraków-Bergen i tych, którzy się dyskretnie przyczajają... opiszę na jakie atrakcje turystyczne liczyć mogą.
Aby nie przytłoczyć nadmiarem będzie to informator w odcinkach.
Dziś na warsztacie mamy Voss. Dla stałych czytelników przypomnienie, że to tam gdzie wpadałam jak śliwka w kompot, z aparatem do sauny pełnej wesołych Wikingów. Voss jest dokładnie w połowie drogi między Bergen a Laerdal i jego zimowy widok przypomina do złudzenia Narnię. Śnieg leży do tej pory na górze. Nie dalej jak 2 tygodnie temu odbyły się tu zawody w akrobacjach narciarskich. Z resztą czego w tym Voss zimą robić nie można?




Poza klasycznymi nartami można szusować po szczytach siłą wiatru skumulowaną w takich spadochronach. A wygląda to mniej więcej tak:




Można też uprawiać wspinaczkę po zamarzniętej ścianie wodospadu (zwanej lodospadem).

Ale za to latem... rafting!

W centru raftingu każda możliwość wchodzi w grę. Wyprawa rodzinna (pod warunkiem, że ma się ukończone 8 lat). http://www.vossrafting.no/en/river/family-rafting.phpNa tych co lubią mocniejsze wrażenia czeka prawdziwa męska przygoda. Tu też stosowna dokumentacja http://www.vossrafting.no/en/river/rafting.php(na górze po prawej jest kamerka i tam trzeba napykać). A dla amatorek żądnych widoków dobrze zbudowanych Skandynawów też pewne atrakcje się zdarzają:)

W tymże wspomnianym centrum można też się powspinać (głównie ci co się wiekowo nie kwalifikują do pontonów), przyjemnie popiknikować albo zalegnąć w knajpce i grając w bilard oczekiwać powrót hydromaniaków z wyprawy pontonowej.

Poza uciechami wodnymi można spróbować kursu zjeżdżania na linie (rappellering tak to się chyba nazywa), nawet po ścianie wodospadu, albo wręcz odwrotnie powspinania się w parku linowym na wysokościach 3-10m.

Jeśli jest potrzeba zakupów w większym mieście to wyprawiamy się też do Voss.

Mijając po lewej stronie wielkie jezioro, a po prawej Tvindefossen (ten wodospad, który jest na zdjęciu na samej górze).

Znalazłam też taką stronkę gdzie są codziennie wstawiane nowe zdjęcia i jest tu trochę fajnych rzeczy. http://www.vossnow.net/ (pokaz slajdów na początku to nie moja robota tylko ściągnięte stamtąd).
W większej rozdzielczości można zobaczyć tutaj:
I to tyle na dziś.
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Wiosna.

Dziś w nocy spadł deszcz i... mamy wiosnę! Do tej pory niby kwiatki kwitły, trawa wyszła, na drzewach pąki, a nawet kwiaty magnoliowe ale wszystko jakieś takie blade i nijakie. Za to dziś rano z każdej strony... pocztówka z Norwegii. Nie jest zbyt ciepło, tylko 13 stopni i chmury na wyciągnięcie ręki. Zbudził się też wodospad z zimowego snu i huczy aż miło. Aby mu smutno nie było- w towarzystwie kilkunastu innych malutkich, na tej samej ścianie. Zdążyliśmy już popaść w lekki stan maniakalny związany z obecnością słońca. Wszystko wydaje się radosne i śliczne dookoła. Zwłaszcza, że ostatnio prowadzimy ożywione życie na najwyższym standardzie towarzyskim. W ubiegłą środę pomachaliśmy na pożegnanie dziadkom z Krakowa i cioci. Potem miła wizyta gości z Molde i chwilę potem tutejsza Polonia z dzieciakami nas nawiedziła ( jako właściciele trampoliny jesteśmy niekwestionowanymi championami salonowymi, właściwie ogrodowymi).

Następnego dnia wzięliśmy udział w rodzinnym biegu laerdalskim w towarzystwie Egilowej rodzinki. Co prawda ukończyliśmy go, gdy cały interes został zwinięty i na żadne nagrody liczyć nie mogliśmy ale i tak było bardzo fajnie. Właściwie był to taki niedzielny spacer z punktami, z pytaniami wymagające współpracy rodzinnej. No bo niby skąd moglibyśmy wiedzieć jak zwie się roboto-potwór Gormiti? Albo ile mierzy kciuk (czyli cal)? Pytanie o prędkość jakółki w locie nie padło.




Dzisiaj Staszek miał spotkanie grupy przyjaciół ze szkoły. Kiedyś pisałam chyba o grupach wyznaczonych przez panią wychowawczynię (3-4 osobowe), które spotykają się raz w miesiącu u każdego z przyjaciół. Dziś była nasza kolej. W obecnej staszkowej vennergruppie był jeden kolega i dwie koleżanki. Trym przyszedł pierwszy i zaraz zabarykadowali się w królestwie Lego. Gdy potem dotarły dziewczyny Stachu pokazał im drzwi do pokoju Tosi i wrócił do swojego, zamykając szczelnie za sobą drzwi. Jak zwykle Kuba w poczuciu obowiązku przeistoczył się w kaowca i zainicjował zajęcia plastyczne. Łebki rysowały zamki, smoki, królewny, a na koniec powstał jeden scalony obraz (rzec by można układ:). Rzeczywiście dziewczyny wsiąkły w pokoju Tosi i wszystkie lalki przeżyły swe drugie wcielenia.
Starym, dobrym, norweskim zwyczajem punktualnie (po 2 godzinach) rodzice złosili się po pokwitować odbiór potomstwa.
I tak do następnego spotkania. Jutro Tosia balecik (tak, tak- to nie błąd literowy), środa- Stachu futbol, czwarek Tosia na konie, piątek kumple Stacha i znów tydzień minął.
Kuba tradycyjnie zarobionym jest.
Aha i na koniec dla tych co nie znają historii o rowerze, specjalny bonus.
Mianowicie Kuba jako przodownik pracy, taki tutejszy Birkut co te 300 procent normy trzaska, po godzinach wybrał się wieczorkiem do pracy papiery rasować. Tradycyjnie rowerkiem. Wraca koło 23 lekko zaskoczony bo mu rower zginął. Więc ja jako pan Wolf poleciłam mu na policję zgłosić. Tak też się stało, ale następnego dnia coby głowy mundurowym nie zawracać. I dzwoni mój najlepszy z mężów jak mu żona przykazała i zeznaje co miało miejsce. Na co konstable, żeby sobie dobrze poszukał bo pewnie gdzieś w krzakach leży, a tu w Norge to rowery raczej nie giną. -A panowie nie mogliby?
-Nie nie mogliby- brzmiała odpowiedź. Też pewnie zarobieni są:)
-A coś spisywać będziecie?
-A rower ubezpieczony był?
-Nie.
-No to nie będziemy. Bo jakbyś pan chciał starać się o odszkodowanie to potrzebujesz takiego kwita, żeś się zgłosił z problemem do nas.
-No to dziękuję bardzo za pomoc.
-Nie ma za co. Od tego jesteśmy.
Minął dzień. Wypożyczyłam Kubie mój rower. Minął następny. Pora obiadowa. Wpada rozentuzjazmowany Staszek, że tata przyjechał na dwu rowerach. Tak też się stało. Rower sam wrócił, prawie na miejsce. Jak się okazało istnieje tu taka świecka, niepisana tradycja, że jak jest imprezka i goście nie są w stanie wrócić autem to pożyczają sobie pierwszy lepszy rower, który potem odstawiają na miejsce albo blisko niego. Znajomemu Kuby w ten wzorek 5 razy zginął dwuślad i za każdym razem wracał. Ma chłop pecha, że blisko knajpy mieszka.
Opowiedziałam tę historię Benonowi, który stwierdził, że to podobnie jak u nich w Irlandii. Z tym, że tak dla hecy łebki zwijają auto, pojeżdżą sobie, a potem go palą.
No cóż co kraj to zwyczaj. Jedno jest pewne, żaden Polak tego nie zrobił! Czy ktoś słyszał, żeby tak schanić robotę? Ukraść, a potem oddać. Bez sensu!
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś. Następnym razem napiszę jakie atrakcje turystyczne czekają na goszczące u nas wycieczki. Dla tych co mają już kupione bilety i dla tych co się wahają.
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.
http://picasaweb.google.pl/arletafrey/Vennergruppa270409?authkey=Gv1sRgCLbwgJPx4L2S9QE#
http://picasaweb.google.pl/arletafrey/BiegLaerdalski260409?authkey=Gv1sRgCJmmsJi9xaSa_AE#