Wiem, że trudno wytłumaczyć ponad miesięczną absencję w sieci dlatego też każdą przedstawioną mi wersję potwierdzam.
Żyjemy i mamy się dobrze. Myślę, że fakt nieobecności potwierdza że, poziom stresu wyraźnie opadł i potrzeba opisywania rzeczywistości też jakby mniejsza.
Mam wrażenie, że lepiej komunikuję się z tubylcami... Co nie oznacza, że czytelników zamieniłam na słuchaczy:)
Dzięki dzieciakom i najlepszemu z mężów utrzymujemy wysoki standard towarzyski, zgodnie z hasłem: Dzień bez gościa to stracony dzień. Nierzadko multiplikujemy te dni. Stachu wyskakuje na chwilkę pojeździć na desce i wraca z nowym kolegą, którego wprowadza do kuchni, rzucając w drzwiach: daj mu coś do picia! W tym czasie podejmuję (pierwszorazowo) starszego kolegę ze świetlicy szkolnej kanapkami.
Myślę, że i tak nie dorównujemy dziadkowi naszego kolegi, który swojego czasu zaprosił do domu na obiad całą drużynę futbolistów z Sosnowca, taki był uradowany meczem. I... wszystko byłoby zrozumiałe gdyby nie to, że nie uprzedził małżonki. Ta ponoć stanęła na wysokości zadania.
Wszystko przede mną i nie wykluczam takiej ewentualności, że któregoś dnia stanie u drzwi załoga trampkarzy z Laerdal. Czasem tylko Tosia licytuje u kogo było więcej gości, u niej czy starszego brata.
A przy tematach biesiadnych będąc nadmienię, że zostałam wielką fanką takiej stronki: http://www.chleb.info.pl/index.php?id=31
Właśnie czule głaszczę naszego nowego domownika, czyli zakwas na poczet przyszłych bochenków. W międzyczasie popełniłam własnoręcznie dwa chleby z zupełnie innej bajki: http://www.gotowanie.wkl.pl/przepis42631.html i też zadziałały. Nostalgia za polskimi smakami. O dziwo mamy tu wielki wybór gatunków mąki, ze wszystkich chyba zbóż natomiast biała pszenna występuje tylko w jednej postaci. Żadnych tam tortowych, krupczatek czy takich tam. Jedna i cześć! Do pierogów czy biszkoptu ta sama, więc trudno sie dziwić, że niełatwo je odróżnić w smaku:).
Właśnie ustalam świąteczny zestaw obowiązkowy ciast (no i dowolny ma się rozumieć).
Mazurek ze śliwkami kalifornijskimi i gęęęęstą czekoladą, bakaliowiec na herbacie (znalazłam go też w tutejszej gazetce Mat og vin), pascha (z przepisu A. Kręglickiej) z sosem malinowym, drożdżowe to jazda obowiązkowa w dowolnej rozważam wafle (nasze, nasze polskie).
Paszami treściwymi nie zawracam sobie na razie głowy.
Z ciekawostek dropsa: w Norwegii okres Wielkanocy to przede wszystkim triduum paschalne, Wielki Czwartek i Piątek są dniami wolnymi od pracy i na wszystkich sklepach wiszą kłódki.
A jak typowy Norweg spędza Święta? Ładuje narty i rodzinę w auto i prują w górki. Wspominałam o hyccie (chatce), którą szanujący się Norweg powinien posiadać na łonie natury bądź w Hiszpanii (zwaną też drugą ojczyzną z uwagi na exodus emerytów w kierunku słońca)? Właśnie do takich hyttek wyjeżdżają. Dzisiaj Kuba z młodzieżą jest goszczony przez rodziców Egila (jak widać kontakty Staszka na coś się przydają:)
To tyle na dziś aby nie przedawkować po długiej przerwie.
Pozdrawiamy cieplutko Arleta&Freye.
PS. Dziś nauczyłam się wstawiać filmy do posta. Nie wierzycie, to zobaczcie:
sobota, 4 kwietnia 2009
piątek, 20 lutego 2009
Tłusty czwartek.
Co można robić w tłusty czwartek?
Obżerać się pączkami, to jasne... albo... smażyć pączki.
I nie było inaczej. Tradycyjnie na początku sesja zdjęciowa: http://picasaweb.google.pl/arletafrey/PaczkiZdjecia?authkey=pCYNE8PM5hs#
A potem szable (pączek) w dłoń i mlaszczemy... z oczywistym wyjątkiem Staszka, który stwierdził: Jadłem już lepsze!
A teraz siedzę na walizkach (jutro do lecimy do Krakau) i żegnamy wizytę Królestwa Szwecji przybyłej do Królestwa Norwegii na ferie zimowe:)
Pozdrawiamy cieplutko.
Arleta&Freye.
Obżerać się pączkami, to jasne... albo... smażyć pączki.
I nie było inaczej. Tradycyjnie na początku sesja zdjęciowa: http://picasaweb.google.pl/arletafrey/PaczkiZdjecia?authkey=pCYNE8PM5hs#
A potem szable (pączek) w dłoń i mlaszczemy... z oczywistym wyjątkiem Staszka, który stwierdził: Jadłem już lepsze!
A teraz siedzę na walizkach (jutro do lecimy do Krakau) i żegnamy wizytę Królestwa Szwecji przybyłej do Królestwa Norwegii na ferie zimowe:)
Pozdrawiamy cieplutko.
Arleta&Freye.
środa, 11 lutego 2009
Pierwsze słońce!
Dziś pierwszy raz świeciło u nas słońce.
Trwało to aż pół godziny ale dobre i to!
Fakt był na tyle doniosły, że postanowiłam... odnotować.
Pozdrawiamy cieplutko.
Arleta i Freye.
Trwało to aż pół godziny ale dobre i to!
Fakt był na tyle doniosły, że postanowiłam... odnotować.
Pozdrawiamy cieplutko.
Arleta i Freye.
czwartek, 5 lutego 2009
Naiv. Super.
Przeczytałam książkę.
I to tyle na dziś.
Jest parę powodów dla których o tym wspominam.
Jest to pierwsza książka po norwesku i nie traktująca o królewnach, misiach polarnych, króliczkach, barbapapach... Prawdziwa książka dla dużych
Podsunął mi ją pod nos Kuba, ze słowami: łatwo się czyta i daje do myślenia (co miało oznaczać, że w porównaniu z "Siódmą pieczęcią" jest raczej głupkowata:).
Podsunął mi ją pod nos Kuba, ze słowami: łatwo się czyta i daje do myślenia (co miało oznaczać, że w porównaniu z "Siódmą pieczęcią" jest raczej głupkowata:).
Treść jest takimi współczesnymi cierpieniami młodego Wertera (będącego Norwegiem i nie wymienianego z imienia). Młody chłopak (25 lat) potrzebuje chwili w życiu na zastanowienie się nad jego sensem. Jakaś żyłka w nim pęka kiedy przegrywa z bratem w krykieta i postanawia zamienić się w formę przetrwalnikową. Przetrawić swoje dotychczasowe istnienie i znaleźć własną drogę na przyszłość. W tym czasie ma sprawować opiekę nad mieszkaniem brata, który wyjeżdża na kilka miesięcy. To taki mini skrót.
Ciekawe są spostrzeżenia autora na tematy uniwersalne i... dotarło w końcu do mnie dlaczego mój rodzony mąż był polecającym. W głowie Erlanda Loe siedzą podobne rzeczy. Podobnie widzą dobry świat i dobrych ludzi. Pewne wartości mają dla nich identyczne znaczenie.
Zdziwiło mnie to, że Kuba ocenił moje zdolności językowe dość wysoko. Ale jeśli ktoś używa na codzień drugiego kondiszonala to pewnie jest przekonany święcie, że każdy potrafi.( Ciekawe czy potrafiłby przetłumaczyć taką hrabalowską frazę: gdybym miał córkę i gdyby ta córka zachorowała była na tyfus, to gdybym był miał pistolet, wziąłbym się i zastrzelił:).
Zdziwiło mnie to, że Kuba ocenił moje zdolności językowe dość wysoko. Ale jeśli ktoś używa na codzień drugiego kondiszonala to pewnie jest przekonany święcie, że każdy potrafi.( Ciekawe czy potrafiłby przetłumaczyć taką hrabalowską frazę: gdybym miał córkę i gdyby ta córka zachorowała była na tyfus, to gdybym był miał pistolet, wziąłbym się i zastrzelił:).
A wracając do książki: autor z dużym powodzeniem stosuje takie fajne wyliczanki (główny bohater wymienia się spostrzeżeniami na różne tematy ze swoim przyjacielem, pracującym na wyspie jako meteorolog. Używają do tego faksu. Na przykład- co mnie fascynowało w dzieciństwie? I w słupku wymienia: woda, auta, piłki, zwierzęta większe ode mnie, telefony, lustro, jeżdżenie windą... ).
Najładniejsze są wątki o dobrym świecie, tym który był kiedyś i jak się dobrze poszuka to można znaleźć go wokół siebie.
Najładniejsze są wątki o dobrym świecie, tym który był kiedyś i jak się dobrze poszuka to można znaleźć go wokół siebie.
A co ma z tym wspólnego Gary Fisher? Jego zdanie o rowerzystach rozpoczyna całą historię.
Jeśli kogoś zaciekawiłam to ułatwiam szukanie, jest też wersja polska:
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.
PS. Zapytałam Kuby czy wie jak przetłumaczyć powyższe zdanie (to z Hrabala)- Wiedział:). Skąd się takie mądre ludzie bierą?!? Może to przez te nawozy sztuczne...
poniedziałek, 2 lutego 2009
Nartki.
Czuję się w obowiązku złożenia stosownego raportu, głównie z myślą o tych co się do nas wybierali albo wybierają, a mieli również chęć zasmakować w zimowych atrakcjach Norwegii.
Niezbyt rano (koło 9) wsiedliśmy do autka i jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy (prawie jak dżamble płynęli...) jak te sierotki na drodze. Słońca nijak na horyzoncie nie dało się wypatrzyć, a jak już dało to nic innego nie było widać. Jasność, jasność widzę jasność! Leżące zupełnie poziomo słońce. Ale ręka by mi z grobu wystawała jeśli bym coś przeciw temu miała. Toż to pierwszy raz od 3 miesięcy i to w realu! Droga, co tu dużo gadać! Zobaczcie sami. Kto widział Fargo ten wie! Do przodu nic poza górami, do tyłu- to samo.
Ale "E22 -czarna." Tak naprawdę nie wiem jaka jest właściwa numeracja tej drogi. Poprzednie zdanie jest zaczerpnięte ze składziku różnych mądrości życiowych mojego teścia i zostało (ponoć wielokrotnie) wypowiedziane przez lokalnego mądryłka, który dawno, dawno temu miał te hobby, że (nie, nie budował samolotu) chadzał do drogi aby ocenić stan nawierzchni.
Dotarliśmy przed 11 (aha mieliśmy do przejechania 84km). Wypożyczyliśmy brakujący sprzęt, nabyliśmy skipassy i na górę. Z fajności, których dotychczas nie doświadczyliśmy: aby wejść przez bramkę do wyciągu wystarczyło mieć przy sobie kartę gdziekolwiek byleby stanąć do ścianki bramki w ten sposób aby ją "wyczuła". Czasami można było przejść ot tak i już, barierka się otwierała. A dzieci, które mieściły się pod bramką z tekturowym trollem wchodziły za friko (teoretycznie do 7 roku życia). Aha trochę jeszcze o infrastrukturze centrum narciarskiego w Hemsedal- Są 4 stacje, w bezpośrednim sąsiedztwie parkingów. Najwyższa (główna) to ławeczka dla 8 czy 10 osób, pozostałe to orczyki (różne). Całość oczywiście skomunikowana ze sobą. Nie ma innej możliwości parkingu żeby nie było blisko. Można też wynająć sobie hyttę (chatkę), hotel, pokój u gospodarzy i docierać na miejsce autobusem (częste kursy). Na miejscu- poza wypożyczalniami, jest gdzie zjeść czy pójść na stronę. Fajnym pomysłem (nie dla wszystkich!) są koszyczki windujące nad stołami, gdzie można upakować rękawiczki, kaski, gogle coby nie przeszkadzały na stole podczas jedzenia.
Dotarliśmy na górę z dziećmi i... trochę nam rura zmiękła jak zobaczyliśmy panoramę. Z Bożą pomocą udało się zwindować towarzystwo na dół i kawałkami Stachu zasuwał z zawrotną prędkością, na którą ja się nie odważyłam. W sumie pierwsze kroki stawiał w ubiegłym roku na oślej łączce w Paczółtowicach (albo jeszcze rok do tyłu?). Niestety (tu głównie moja wina, bo pamiętam własne przerażenie jak mój ówczesny chłopak- Kuba zabrał mnie na Kasprowy aby nauczyć pierwszych kroków narciarskich. Po pierwszym i ostatnim zjeździe zaległam w knajpie i skułam się góralską herbatą, a może samą góralską?) poziom trochę zbyt wygórowany aby dzieci miały z tego fun. Staszek na granicy rozstroju nerwowego zażądał czegoś gorącego do zjedzenia i tak zalegliśmy w knajpce, a ja w nagrodę za dzielność obiecałam mu zamówić co tylko sobie zażyczy, nawet 2 czekolady plus ekstra premię 20 koron. W końcu jak odtajaliśmy, znów nabrał ochoty na jeżdżenie (w tym czasie Kuba machał swoje rundy, z dużą satysfakcją. Przypomniały mu się stare, dobre czasy jak w Korbielowie z kumplem Tomkiem (tu machamy łapą do Ptaków) zasuwali po kopnym śniegu.) Warunki na stoku były fantastyczne, śnieg i trasy idealne (dwie z prawie 30 nieczynne, i jedną z nich śmignął właśnie Kuba). Z ciekawostek dropsa, które mi się przypomniały: oglądaliśmy w Sylwestra program o wyczynowcach snowbordzistach, którzy się umówli w Hemsedal na harce. Dostali zgodę na zrobienie swojej trasy, która dałaby im możliwość wyczesania wszystkich możliwych trików. I tak też się stało.
Dla miłośników deski jest też specjalny park z możliwością jazdy ekstremalnej.
Potem zamieniliśmy się z Kubą; ja na nartki a Kuba za instruktora dla własnych dzieci.
Tosia spisała się na medal. Pierwszy występ na nartach, bez żadnego narzekania, biadolenia czy upierania się. Powiedziała, że jeszcze chce przyjechać. W strefie dla dzieci Stachu poczuł się jak ryba w wodzie i przypomniał sobie wszystko co umiał. Nawet orczyk.
Przeżyliśmy fantastyczną niedzielę.
Dla zainteresowanych stronka: http://www.hemsedal.com/
Jest też w wersji angielskiej.
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.
Tradycyjnie link do galerii: http://picasaweb.google.pl/arletafrey/01022009#
Subskrybuj:
Posty (Atom)