czwartek, 15 lipca 2010

Nasza nowa rodzina.






Na początku uprzedzam, nikt nowy (na razie) nie urodził się w naszej rodzinie. 
Pewnego dnia... stosowniej byłoby napisać... pewnej nocy do mieszkania wszedł Kuba, a za nim rodzina Adamsów. Właściwie nazywają się inaczej ale zmylili mnie tymi czarnymi ubraniami.
Gutek przez chwilę walczył z Morfeuszem by po chwili paść w jego ramiona. Wtedy my myk, myk do stołu... i tut jemu priszło skonfuzitsja... przecież my ich znamy całe życie, chociaż widzimy pierwszy raz na oczy.
W ciągu tych kilku szybkich dni zdążyliśmy razem zwiedzić cały świat (a ten ponoć każdy nosi w swojej głowie) i jeszcze na dokładkę kawałek naszej okolicy.
O walorach przyrodniczych Sogn og Fjordane można poczytać tutaj: http://eventyr-i-norge.blogspot.com/ od 13 lipca w dół, a ja napiszę o nich.
Używając określenia Mendozy: wiedziemy paralelno-konwergentne żywoty. Oni w mieście, ba w samej stolicy Norwegii, a my małe misie- na wsi w Lærdal.
Ola i Robert są architektami. No i jest jeszcze Gutek, który chodzi do przedszkola bo ma 4 lata.
Kto zna nas, to tak jaby ich znał. No może są drobne różnice jak na przykład to, że Ola jest drobniutką brunetką, a ja blondynką:)
Mnóstwo kosmicznej energii, którą dostaliśmy... 
Z resztą tego nie da się opisać słowami więc nie zdzieram więcej klawiatury.
Dziękujemy za to, że byliście z nami.
PS. Opowiedziałam to wszystko Kaśce przez telefon, na co stwierdziła: "może oni są naszą rodziną?".
Jakby miała wątpliwości!





Gdzie moja junost...

Przyleciały przyjaciółki z lat studenckich. Jedyne z czym było porównywalne ich lądowanie to z tym w Normandii. No może z drobnym wyjątkiem: obyło się bez strat w ludziach.
Niepełne 5 dni maksymalnie zakręconych. Miały: dostać Norwegię w pastylce, zrelaksować się, uprawiać turystykę pieszą, poimprezować, mile połechtać kubeczki smakowe (kufelki również), nie przytyć przy tym (no może nie każda miała ten punkt programu odhaczony), wymienić się newsami na temat wątków biograficznych wspólnych znajomych, poopalać się, wogóle nie przejmować się pozostawionymi na pastwę losu (czyt. dzieci lub co gorsza teściów) mężów...
No i z grubsza plan został wykonany.
Postarałam się stanąć na wysokości zadania i zorganizować imprezkę pt. "Czego pragną kobiety." Jedynie Mela Gibsona nie udało się namówić do projektu.
Było wino, świeczki, śpiewał Robbie Williams i Frank Sinatra.
Chwila, moment i wylot.
Dziękuję dziewczyny, że chciało Wam się wsiąść w kosiarkę do trawy i zrobić tyle kilometrów tylko po to aby się ze mną spotkać.
Chyba się starzeję bo robię się sentymentalna.
Mam nadzieję, że pod powiekami została Wam Norwegia.
PS. Zapraszam znowu. Tylko muszę kupić lepsze subaru:)

wtorek, 13 lipca 2010

A zagląda ktoś tu jeszcze?
Jeśli tak, palec do góry

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Urodziny Staszka.


To jest tort urodzinowy Staszka. Dla niewtajemniczonych podpowiadam, że przedstawia on Indiana Jonesa w wersji lego, obecnie na topie topów. A jubilat jako trendseter narzuca lans na wsi. Tak więc, aby zaistnieć w towarzystwie trzecioklasistów trzeba mieć jakieś lego (najchętniej z serii Star Wars lub Indiana Jones), konsolę do gier (preferowana Wii) oraz sprzęt do strzelania firmy nerf.
Ostatnio wpadła Marianne pokwitować odbiór synków a ci wciągnęli ją do staszkowego pokoju i wskazując na magazyn broni rzucili głosem nie znającym sprzeciwu: takie mają być!
Trzeba zacząć odkładać na dom starców bo nie wiadomo na co przyjdzie w jesieni życia...
A mnie tu uczą na kursie o norweskim stylu bycia, że niby przesiąknięty protestancką etyką, umiar i skromność przede wszystkim, najpierw obowiązki potem przyjemności itp. itd. A tu proszę bardzo, dzieci dają zlecenie, mamusia wsiada w auto i przemierza fiord, parę tuneli  żeby chłopaki miały.
Dziś na zajęciach w necie wałkowaliśmy kolejny raz o stylu życia Norwegów. Dziwi mnie to, że sami siebie przedstawiają jako dziwaków, którzy widzą odmienność w zwierciadle Europy. Przerabiamy takie na przykład czytanki o modelu picia wódy Norwegii, a potem dyskutujemy czy zgadzamy się ze stwierdzeniem, że Norwedzy skuwają się weekendowo a w dni powszednie nawet nie popatrzą w kierunku monopolowego.A jak to jest w krajach z których pochodzimy?
 Chcąc błysnąć dowcipem, zacytowałam Aloszę Awdiejewa, który twierdzi, że wszyscy piją tylko nikt tak jak Słowianie nie potrafi tego pokazać.  No i tu konsternacja, "nasza pani" zapytała, co przez to chciałam powiedzieć?  Ups, myślę sobie, złe tłumaczenie. No to zaczynam objaśniać od tego, że to taki żart. Ale w jaki sposób pokazują, że się upijają i dlaczego to jest śmieszne. Już miałam wypiąć kartę sieciową, żeby zakończyć męczarnie dożynania takiego fajnego dowcipu i usprawiedliwić się brakiem połączenia ale całe szczęście koleżanka z Ukrainy stwierdziła, że u nich to się więcej pije, przez co uratowała mnie z opresji.
W sumie moja wtopka była niczym w porównaniu do wyczynu kogoś z naszej rodziny, kto chciał transplantować polski humor w Szwecji.  Trafił mu się na Izbie Przyjęć pacjent zanietrzeźwiony, doprowadzony przez tamtejsze organa zatrzymywania do przebadania na tę okoliczność. I tu doktor z Polski chciał sprzedać doskonałą anegdotę, której autorem był nasz stryj chirurg. W tym miejscu, my misie polarne machamy łapami do stryja Andruta.
W czasach komuszych ówczesna milicja doprowadziła takiego kolegę po fachu Balcerka do zbadania czy  nadawa się od osadzenia. Doprowadzony zrobił klasyczną rozpierduchę na Izbie Przyjęć i powiedział, że zbadać się nie da. Na co niewzruszony stryju  rzucił do milicjantów:" Panowie weźcie za róg i zastrzelcie, a ja podpiszę: próba ucieczki" Na co delikwent: to ja się zgadzam na badanie.
I dzięki takiemu żartowi, ciężko się w portkach zrobiło temu ,o którym wspomniałam w Szwecji. Nieszczęśnik musiał gęsto się tłumaczyć dlaczego chciał aby stróże porządku użyli broni, dlaczego to było śmieszne...
No cóż co kraj to poczucie humoru:(
U nas dalej zima. Piętnaście na minusie. Za to bardzo jest bajecznie. Oszronione wszystko wokół.
Kominek grzeje całą parą.
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.

środa, 6 stycznia 2010

Dziewiąta zima Staszka.

Dziś Stachu skończył 9 lat. Z tej okazji dmuchał świeczki na torcie orzechowym, który leciał w częściach z Polski. Cały misterny plan przemycenia rodzinnego smaku, przekazywanego z pokolenia na pokolenie legł w gruzach z powodu... braku niesolonego masła w naszym, gieesowskim spożywczaku. Masa, której smak śni się po nocach niejednemu, została zastąpiona nutellą i zdała egzamin... ale umówmy się do oryginału jej daleko:)
Główna imprezka czeka nas w piątek jak przyjdą koledzy. Mądrzejsi o doświadczenia roku ubiegłego podyktowaliśmy Stachowi do zaproszenia standardowe 2 godziny zabawy. Oj będzie się działo! Zważywszy, że jubilat dzięki wspólnej z dziadkiem pasji kolekcjonowania broni został wyposażony po zęby (całe szczęście amunicja jest z gąbki zakończonej rzepem), spodziewać się należy wojny polsko-norweskiej pod flagą biało-czerwoną, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dziś nasza (biało-czerwona) flaga powiewała w szkole, a w piątek ma być przed domem. Taka świecka tradycja tu obowiązuje.
Z niespodzianek, które zastał dziś po powrocie do domu były: girlanda z balonów (różnokolorowych i różnej wielkości, nawet taaakie wieeelkie), na obiad fryty ulubione, tort ze świeczkami, pierwsza e-kartka (od niedawna jest właścicielem konta pocztowego stas.frey@gmail.com) w skrzynce w sieci. Rano dostał prezent od dziadków, ostatni, brakujący karabin z kolekcji nerf, strzelający seriami.
Jutro wycieczka rodzinna za fiord i następny prezent tym razem od nas- gra na Wii- Indiana Jones II.
Na miłe zakończenie dnia odegrał koncert na akordeonie improwizując polskie "Sto lat". Trzeba przyznać, że nieźle kombinuje, czego niestety o sobie powiedzieć nie mogę jako posiadaczka trzeciego stopnia słuchu- słyszę, że grają.
I tak nam minął miły dzień, a przede mną na monitorze tłumaczenie o norweskim stylu życia...
Wracam do pracy i pozdrawiam cieplutko.
Arleta i Freye.