Mawia się, że większość Norwegów posiada własną hyttę (chatkę) w górach bądź nad wodą (fiordem, jeziorem, morzem...)
Byliśmy dziś zaproszeni do takiej hyttki w górach... właściwie transakcja była wiązana. My przyjemnie grzaliśmy się przy kominku, popijali kakao zapychając parówami z bułą, a dziadkowie w ramach fanu kreślili misterne plany rozbudowy posiadłości. Nic w przyrodzie się nie marnuje, zwłaszcza umiejetności dwojga emerytowanych architektów z Polen:)
Dookoła śnieg. Fargo jak okiem sięgnąć.
Trochę trzeba było odkopać łopatą wejście do domu a potem tą samą łopatą można było wykopać norę do ukrycia się wraz z sankami. Główną atrakcją był zjazd na... wszystkim czego sankami nazwać nie można. Na macie wielkości karimaty, w plastikowej skorupie z kierownicą i hamulcami, własnym siedzeniu...
Typowy wyjazd do hytty to w brew pozorom nie grzanie tyłków przy kominku. Nie ma lekko. Najpierw trzeba się natrudzić aby można było korzystać- zgodnie z protestancką moralnością. Zaczyna się od marszu na nartach, do upadłego (dla nas, ma się rozumieć. Norweg tylko zamarznięte śpiki z nosa odłamie, albo i nie... i pomaszeruje dalej). A potem rozpalenie w kominku, wytworzenie wody ze śniegu... i można kose seg czyli relaksować się w domowym zaciszu.
Tam gdzie gościliśmy trudno byłoby użyć nazwy hytta z bieżącą wodą, elektrycznością, pralką, suszarką do ubrań, zmywarką do naczyń.
Fajnie było.
Kuba był tym, który najdłużej wytrzymał na zewnątrz. Śmiali się z niego, że w końcu może pobyć Norwegiem.
To taki jego nierozwiązany moralny dylemat. Podoba mu się styl życia Norwegów, zwłaszcza bliski kontakt z naturą, prostota i funkcjonalność na każdym kroku...
Ostatnio oglądaliśmy film o tutejszym bohaterze narodowym, który kulom się nie kłaniał, a na imię jego Max Manus. Film robiący spore wrażenie. Nic wspólnego z produkcjami amerykańskimi w stylu, zabili go i uciekł, czy polską martyrologią. Sporo scen naturalistycznych gdzie trupy wyglądają jak prawdziwe, a krew jest podobna do krwi a nie ketchupu. Wychodziło na to, że skubaniec dzielny był.
Po wyłączeniu odtwarzacza nastąpiła chwila ciszy. Po czym Kuba stwierdził: ale my mieliśmy lepszy ruch oporu!
Tak to jest z jego poczuciem patriotyzmu.
Jego ojciec ironizuje: Polska! Najpiękniejsze kobiety, najdzielniejsi żołnierze!
Ci Norwedzy z którymi się kolegujemy są całe szczęście mało wyczynowi jeśli chodzi o zasuwanie w zaspach. Skituren był ograniczony do minimum to znaczy- przejścia od auta do hytty (jakieś 300m).
Dzień przyjemnie minął.
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.
niedziela, 3 stycznia 2010
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Znowu minął rok...
... życia mniej, życia więcej o rok. W ramach prezentu urodzinowego zafundowałam sobie kolejną kolkę nerkową. Jak się bawić, to na całego! Trochę zdążyłam zapomnieć jak fajnie bolało przed Świętami... a tu proszę bardzo- powtórka z rozrywki. Bardzo przyjemnie wspominam odloty po skopolaminie, czułam się jak Lebowski, który obrywał i odpływał.
Zastrzyk w żyłę, ból trochę puszcza, obraz zaczyna się wyginać... a potem film się urywa. Jednym słowem, przeżycia bezcenne:)
Potem Sylwester, tradycyjnie (wszyscy byliśmy świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji- rok temu- ściśle rzecz ujmując) oczekiwany przez nas na lodowisku. Przez nas jak przez nas, Kuba z dzieciarnią kręcili piruety, a ja z dziadkami odkorkowywaliśmy kolejne butelki z bordową zawartością... Z tego co pamiętam wytwarzałam coś na ząb w kuchni, babcia została zmuszona przez nas do upieczenia jeszcze jednego strudla (podwójnego, ma się rozumieć), potem wrócili nasi polarnicy z łyżwami i rozpoczęło się przedstawienie światło-dźwięk. U nas w ogródku, wykonane metodami chałupniczymi. Co prawda w okolicach 20, mogę przysiąc, że pamiętam, a potem już tak było fajnie, że tradycyjnie nie doczekawszy północy odpadłam. Tym razem załatwiłam się klasycznie, procentami.
Od rana kolejna runda teleturnieju "Zjem wszystko". Jeśli takowy powstanie nasza, rodzinna drużyna ma wygraną w kieszeni:)
Nie będę masochistycznie opisywać cośmy jedli. Z przysmaków kuchni norweskiej ("wspominając o przysmakach kuchni norweskiej (w oryg. angielskiej) użyłem sarkazmu- kto jest autorem tych słów?) rąbaliśmy rømmegrøt czyli kaszę manną gotowaną na śmietanie. Fantastyczny smak jeśli ktoś lubi masło. Zgodnie z hasłem; bądź kreatywny posyp cukrem i cynamonem! tak też uczyniliśmy, a potem szukałam do końca dnia wątroby w okolicy spojenia łonowego.
I tak nam dzień minął, między lodowiskiem, stołem, telewizorem, komputerem, telefonem, skypem, i znowu stołem...
A wiadomo Nowy Rok jaki...
I tylko jedno postanowienie na ten rok: żadnych noworocznych postanowień!
Pozdrawiamy cieplutko.
Arleta i Freye.
piątek, 25 grudnia 2009
Godzina W. minęła. Właściwie to przeleciała lotem błyskawicy.
Cały tydzień przygotowań: pierniki wszystkich gatunków,makowce, kapusta kiszona podróżująca samolotem, kolędy Arki Noego, prostowanie choinki, Epoka lodowcowa na Wii, klejenie pierogów, uszek i takich tam, śledź na tysiąc sposobów, sianko z RP (o którym w decydującym momencie zapomnieliśmy), opłatek, łosoś zamiast karpia, słynny strudel babci Malenki, świeczki od palenia, których efekt cieplarniany wzrósł o 1000%, gwiazdy betlejemskie, kominek marki jøtul, wymiana upominków z Norwegami, spirytualia przemycone z Ojczyzny przez dziadków, ŚNIEG (prawdziwy, nie ze sprayu!)-ewenement tu w dolinie, julebrus (okropna lemoniada landrynkowa), kartki i paczki świąteczne...
Wszystko to miało się nijak do tego najważniejszego! Cały dzień oczekiwania, co chwilę pytanie, która jest godzina i za ile zaczynamy (daleko jeszcze?)...
Fragment Biblii traktujący o narodzeniu Jezusa (tu nastąpił drobny incydent odnośnie fragmentu, stanęło na tym, że lektor (czyt. Kuba) zadecydował, że od prawieków jest Łukasz to ma być Łukasz.), wspólna modlitwa, opłatek, wieczerza wigilijna (dzięki ci Panie Boże, że nie udławiłam się w pośpiechu uszkiem- takie było tempo)- jak zwykle każda potrawa to większa ohydność!!! całe szczęście były również ateistyczne, ruskie pierogi- dzięki, którym dało się przeżyć, a może jak tu dłużej posiedzimy to całkiem na Grandiosę przejdziemy:)
Dobra przebrnęliśmy już najgorsze i... teraz wymarzona chwila, na którą od miesięcy czekaliśmy.
Parammmm!!!
PREZENTY!!!
wtorek, 15 grudnia 2009
Adwent. Świeczka trzecia.
Trzeci tydzień Adwentu. palimy kolejną świeczkę. Święta zbliżają się dużymi susami i pewnie jak co roku zaskoczą nas w kuchni.
Spadł śnieg, co jest pewnym ewenementem w dolinie. Dzieciska zadowolone, ślizgają się na czym się da, nie wyłączając własnych pośladków. Choinka przedszkolna połączona była z obchodami św. Łucji. Najpierw występ połączonych sił wszystkich grup przedszkolnych, odzianych w białe koszuliny. Potem szaleństwo w sali gimnastycznej, a na koniec przyszedł Mikołaj z akordeonem, wyciął parę kawałków, porywając rodziców i dzieci do wspólnego kółka wokół choinki.
Po pokwitowaniu małych torebeczek ze słodyczami oddaliliśmy się w kierunku domu.
Następnego dnia grupa Tosi miała małe turnee w między szpitalem a ratuszem z tym samym repertuarem. Bardzo była przejęta, tym jak jej Kuba powiedział, że wszyscy chorzy od razu lepiej się poczuli po występie.
Dzisiaj choinka Staszkowa. Piernik siedzi w piekarniku, zgodnie z wytycznymi mamy się stawić z własnym wiktem.
Ostatnie dwa dni mam z życia wyjęte za sprawą kolki nerkowej, o której zdążyłam już zapomnieć, że mam coś wspólnego. Teraz czekam na decydujący atak.
I tak bez sensu plączę się po domu nie mogąc znaleźć swojego miejsca (przy garach, ma się rozumieć).
Każdy z nas na swój sposób odlicza dni do Świąt, dzieci na kalendarzu adwentowym (Stachu lego, Tosia Disney) a ja- ile jeszcze zostało do zagniecenia, zamieszania, włożenia czy wyjęcia z piekarnika.
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.
czwartek, 10 grudnia 2009
Adwent 2009.
W ubiegłym tygodniu w szkole u Staszka odbyły się tradycyjne świąteczne warsztaty i wytworzone zostały wieńce z choiny, do powieszenia na drzwiach wejściowych. Z mniejszą lub większą pomocą rodziców. Dzieci z klas 1-4 zostały wymieszane i podzielone na grupy w których pracowały.
Radosna twórcza atmosfera była chwilami zakłócana widokiem kolejnego nieszczęśnika, który wracał ze szczepienia (przeciwko słynnej grypie) ze zbolałą miną.
Tego dnia każdy mógł przynieść ze sobą julebrus, czyli oranżadę świąteczną o smaku i kolorze landryny. Pierniki były gratis dla dużych i małych.
Ozdoby do wieńców zostały wykonane wcześniej z zebranych na wycieczkach szyszek, gałązek, listków... potem pociągnięte złotym sprayem czy kolorową farbą.
U Tosi w przedszkolu dzieciska również wytwarzają ozdoby choinkowe. Za kalendarz adwentowy robią wiszące, piernikowe, ponumerowane serca zdobione MM-sami. Codziennie jedno dziecko dostaje swój przydział, z którym może zrobić co zechce, w ten sposób wstecznie odliczają do Bożego Narodzenia.
Staszkowa klasa wypiekała wczoraj ciasteczka, których sztuk 29 przyniósł dobry chłopak dla rodziny. Przepis gratis!- rzucił od niechcenia.
Bardzo dobre. Przepis gratis- jeśli ktoś jest zainteresowany zatrudnieniem dzieci w kuchni.
Dziś ja rozpoczęłam warsztaty ciasteczkowe.
Inaczej być nie mogło... na pierwszy ogień poszły pierniki.
Jak dzieci wrócą ze szkoły będziemy wałkować, wycinać, piec.
Pozdrawiamy cieplutko Arleta i Freye.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
